rozmowy zwyczajne

"Bóg sam wystarczy"

Edyta - zwyczajna dziewczyna. Długie, ciemnoblond włosy okalają okrągłą, miłą twarz. Niebieskie oczy spoglądają na świat z zaciekawieniem, zdumieniem i niezrozumieniem. Ma dopiero osiemnaście lat…

W życiu każdego człowieka - tak przynajmniej mniemam - pojawia się pytanie o sens życia.

Edyta codziennie zadaje sobie pytanie „Po co żyję? A skoro żyję to kiedyś umrę. Więc po co żyję? Pytanie zostaje bez odpowiedzi, mimo, iż dziewczyna usiłuje na nie odpowiedzieć za wszelką cenę. Wielu w takich wypadkach powiedziałoby: dosyć! Co będę się tak zadręczać! Życie trzeba brać takim, jakim jest. Oto cała filozofia, a wszystko, co ponad to jest jedynie mrzonką, fantasmagorią chorego umysłu!

Ale nie Edyta. Ona szuka dalej. Nie zraża się brakiem odpowiedzi, mimo, iż sprawia jej to ból, bo pustka jest cierpieniem. Pytania o sens życia wciskają się do jej głowy samoistnie. Sama nie wie skąd się biorą i nie jest z nich zadowolona. Są jak kamień w bucie - uwierają nieznośnie. Jednak byle tylko nie tracić nadziei; mieć oczy i serce szeroko otwarte….

Z północy wieje mroźny wiatr. Śnieżny puch zasłania widnokrąg. Wszędzie, jak okiem sięgnąć króluje biel. Edyta spogląda przez okno i smuci się. Pusto wszędzie! To trochę tak, jak w jej sercu. Wzdycha i czeka. Mama jej powiedziała, iż cierpliwość w życiu popłaca. Odpowiedzi przychodzą z czasem. Nie jest jednak łatwo być cierpliwym, mając zaledwie osiemnaście lat.. Młodemu człowiekowi wydaje się, że jest Kolumbem. Marzenia o szczęściu i sławie przewijają się w głowie, jak w kalejdoskopie. Wystarczy któreś z nich wcielić w życie, zmaterializować. Tylko które? Tyle ich jest. Jedno atrakcyjniejsze od drugiego. Trudno dokonać wyboru. „Życie można przeżyć na wiele sposobów” - duma młodzież. I młodzież ma rację, ale w gruncie rzeczy swoje życie przeżyją i tak tylko w jeden sposób i tylko jeden raz.

Przywilejem młodzieńczego wieku są myśli zwiewne, przeważnie takie, które można zaliczyć do naiwnej fantastyki. Któż z nas mając lat kilkanaście nie marzył tak samo?

Nadszedł Wielki Post i w parafiach rozpoczęły się rekolekcje. Edyta udała się do katedry, gdzie rekolekcje wielkopostne prowadzili salezjanie. Nie spodziewała się po nich wielkich rzeczy. Wybrała się na nie trochę z pobożności i chyba też z przyzwyczajenia.

Przekroczyła próg świątyni i podeszła bliżej ołtarza. W kościele panowała jeszcze cisza. Kilka osób klęczało w ławkach. Czerwone światełko przy tabernakulum pulsowało nierównomiernie. Edyta uklęknęła na oba kolana, po chwili wstała i weszła do pustej ławki. Rozglądnęła się po wnętrzu. Przejmująca cisza. Nawet grube mury świątyni wtórowały jej. Cisza, w której można usłyszeć głos Boga. I Edyta nasłuchiwała. Skierowała swój wzrok w stronę ołtarza, a ściślej na tabernakulum i poczęła uporczywie się weń wpatrywać. Chciała koniecznie, aby Bóg przemówił do niej, powiedział choć słowo, przestał w końcu milczeć. Minuta za minutą mijały, a Edyta wciąż nasłuchiwała.

W katedrze robiło się coraz głośniej. Młodzi ludzie - dziewczęta i chłopcy - zajmowali puste ławki, nie przestając jednocześnie rozmawiać. Nauczyciele starali się uciszyć rozgadaną młodzież, ale kiedy w jednym miejscu rozmowy ustały, to za moment w następnym poczęły rozlegać się szepty i przytłumione śmiechy.

Edyta przestała wpatrywać się w tabernakulum. Wiedziała, że teraz już nie usłyszy głosu Boga. Czekała. W prezbiterium zapaliły się światła, a po chwili ukazała się przygarbiona postać kościelnego. Mężczyzna pokuśtykał w kierunku ołtarza i zapalił stojące na nim trzy świece. Jedna z nich po chwili zgasła. Zapewne pod wpływem przeciągu, jaki powstał, kiedy kościelny, zniknął w drzwiach zakrystii. Za moment znowu się pojawił, aby zapalić zgasłą świecę.

Wkrótce prezbiterium utonęło w białym świetle i rozległ się dźwięk dzwonka. Przed ołtarz wyszło sześciu ministrantów i ksiądz. W bocznej nawie zadźwięczała akustyczna gitara i rozległ się dziewczęcy śpiew - śpiew radosny, niewinny. Wszyscy powstali z miejsc.

Przez kolejne sześćdziesiąt pięć minut katedra rozbrzmiewała radością i śpiewem. Czas jakby się zatrzymał, zaś wszechobecna euforia udzieliła się nawet tym najbardziej opornym . Wszyscy poczęli śpiewać i tańczyć - na chwałę Boga, na Jego cześć oraz dziękować za Jego miłość i obecność. Edyta śpiewała i tańczyła jak inni. Nieznana dotąd szczęśliwość rozrywała jej pierś. Gitary dźwięczały bez ustanku.

Nagle wszystko ucichło, a do ołtarza podeszli młodzi ludzie i każdy z nich opowiedział zgromadzonym o swoim spotkaniu z Jezusem. Świadectwa te były pełne prostoty i autentyczności - szczere i zdumiewające jednocześnie. Młodzież starała się nie uronić żadnego słowa padającego z ust rówieśników. Przygodny obserwator mógłby popaść w ogromne zdumienie. Jak wytłumaczyć fakt, że młodzi, którzy żyją niby tylko telewizją i grami komputerowymi, zainteresowani są nagle prostym świadectwem wypowiadanym często nieskładnie i chaotycznie? A jednak. Może podświadomie czuli, że to, co słyszą jest prawdziwe, a nie wirtualne. Poza tym mieli przed sobą rówieśników - ludzi takich jak oni. Pochłaniali więc słowa, które wpływały przede wszystkim do serc.

Poszczególne świadectwa przeplatane były modlitwą. „W Panu złożę całą nadzieję” - refren psalmu powtarzanego przez wszystkich stał się jakby dopełnieniem, zwieńczeniem kolejnych świadectw.

I wtedy z Edytą stało się coś nadzwyczajnego, czego pewnie się nie spodziewała. Jak na skinienie ręki zniknęły kłujące serce dziewczyny, jak ciernie, pytania o sens życia,. Poczuła radosną lekkość, jakby ktoś zdjął z jej pleców ciężki worek. Poczuła Bożą Miłość w sobie i prócz tej Miłości nie liczyło się nic. Wszelkie troski, kłopoty i lęki prysły jak mydlana bańka. „Sam Bóg wystarczy” - wołało wszystko w Edycie.

Jezus przyszedł do niej niespodziewanie i tak po prostu. Rozjaśnił myśl i uspokoił serce dziewczyny. Edyta była teraz pewna, że sensem jej życia jest Bóg - Jezus Chrystus. I w tej pewności było światło. Ogromne światło. I takie inne - mimo, że przedtem wydawało jej się, że zna Jezusa. On sam objawił się w jej ciele i duszy, napełnił ją swoją miłością i radością. Była w tej chwili szczęśliwa, jak nigdy dotąd, lekka jak piórko, a przeszłość i przyszłość nie miały znaczenia. Edyta pełną piersią wdychała teraźniejszość. Pogrążona była w Obecności Boga.

Z katedry wyszła już jako inny człowiek - to nie była ta sama Edyta. Szła chodnikiem, ale zdawało się jej, że ma skrzydła, jak anioły i unosi się nieznacznie nad ziemią. Miasto - o tej porze szare, nieprzyjazne i zimne - promieniowało niewidocznym dla zwykłego śmiertelnika pięknem, poświatą, którą widziała może jedynie Edyta. Patrzyła na otaczający ją świat „oczami Jezusa”.

Wczesne popołudnie na ulicach miasta to przepychanki i nerwowość. Ludzie wracają z pracy, na jezdni tłoczą się i trąbią samochody. I pewnie nikt z zadyszanych przechodniów nie dostrzegł rozjaśnionej twarzy Edyty.

Ludzie gonią za pieniądzem, łakną rzeczy i ich zdaniem pięknych doznań. Budują często swoje życie według modelu, jaki wyznaczy im telewizja, moda i politycy.. Zabiegani, wypłukani z wyższych idei, wyzuci z prostoty i dziecięcej szczerości - ludzie nowocześni. To niekończący się wyścig ….

Edyta nie chciała tak. Pragnęła poddać się Bożej Obecności, której doświadczała. Wiele lat później napisała:

„ Kim jestem?

Twoim dzieckiem

Twoją córką

Twoją oblubienicą

Twoją radością

Twoim Tchnieniem

Twoim pragnieniem

Twoją tęsknotą

Częścią Ciebie. Mój Ojcze.

Jest we mnie Twoje życie, Twój Duch.”

Przelała na kartki papieru doświadczenie Boga w swojej duszy. Mając 26 lat wstąpiła do Zakonu Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Jest pielęgniarką i pracuje w Wieleniu.

Gdy spojrzymy dzisiaj na Siostrę Edytę, zobaczymy człowieka radosnego i zakochanego w Bogu. Edyta ma Ewangelię - Dobrą Nowinę o Zbawieniu - wymalowaną na twarzy, a jej uśmiech jest zaproszeniem do odnalezienia w swoim życiu Obecności Jezusa.

„ Jezu słyszę Twój głos:

Kocham Cię

W moim istnieniu (życiu)

Kocham Cię

Z moimi pragnieniami

Kocham Cię

Z moimi wadami

Kocham Cię

Z moimi talentami

Kocham Cię

Z moimi upadkami

Kocham Cię

W mojej modlitwie

Kocham Cię

Patrzysz w me serce

I mówisz wciąż: Kocham Cię…

Pozwól usłyszeć Ten głos innym!”

  • Odwiedź nas lub napisz do nas:

W Wieleniu nad Notecią został założony Dom Opieki dla starców pod nazwą Zakładu św. Józefa. Dom ten, prowadzony przez Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi, rozpoczął swoją działalność w 1933 roku. Od kwietnia 1933 roku siostry Rodziny Maryi rozpoczęły pracę na tym terenie.

Nasza Galeria

/ /